Relacja z realizacji projektu zdobycia Korony Gór Świętokrzyskich w 100 godzin

Projekt KGŚ realizowany od 02.07.20018 (od godziny 16.00) do 07.07.2018 (do godziny 15.00) posiadał następujące cele:

Cel główny:
• Sprawdzenie czy możliwe jest w czasie nie dłuższym niż 100 godzin zdobycie  szczytów należących do Korony Gór Świętokrzyskich, pokonując przy tym trasę nie dłuższą niż 350 km.

Cele pośrednie :
• Sprawdzenie czy uczestnicy projektu - Kazimierz Sławiński i Andrzej Opoka - są w stanie pokonać trasę dłuższą niż 100 km – biegnąc – w ramach przygotowań do biegów górskich na trasach dłuższych niż 100 km, ale nie przekraczających 160 km (100 mil);
• Przetestowanie, jak organizm uczestników reaguje na długotrwałe zmęczenie spowodowane ciągłym ruchem i brakiem snu.

Założenia do realizacji były następujące:
• Szczyty Korony zdobywamy siłą własnych nóg i głowy;
• Trasa zostaje wytyczona przez uczestników przed startem w oparciu o narzędzia
i mapy elektroniczne;
• Każdy odcinek (około 50 km) kończy się 2-3 godzinną przerwą na posiłek i odpoczynek;
• Przewidywany czas na sen to nie więcej niż 4h w następujących miejscach:
 w lesie, w Górach Mokrych, po zdobyciu szczytu Fajnej Ryby, wg planu 116km (w rzeczywistości 135km);
  w Ciekotach, w Szklanym Domu, po zdobyciu Klonówki, wg planu 196 km (w  rzeczywistości 217km);
  w lesie pod Daleszycami, wg planu 278 km (w rzeczywistości 302 km);
• Przebieg wydarzenia możliwy do obserwacji w internecie przy wykorzystaniu;
stosownej aplikacji;
• Każdy zdobyty szczyt zostanie udokumentowany zdjęciem opublikowanym na stronie facebooka „Zdobywamy niezdobyte”

W ramach przygotowań do realizacji zadania przygotowano elektroniczny ślad trasy:
https://www.traseo.pl/trasa/korona-gor-swietokrzyskich-planowana-trasa
zakładając start z punktu położonego na skraju lasu, przy zielonym szlaku prowadzącym w stronę Bukowej Góry.
Założono zdobywanie kolejnych szczytów w następującej kolejności:

Lp. nazwa szczytu
Start Psary-Kąty (wejście do lasu - zielony szlak)
1 Bukowa Góra   482 m n.p.m.
2 Michniowski Kamień  423 m n.p.m.
3 Osieczyńska Góra  407 m n.p.m.
4 Altana    408 m n.p.m.
5 Fajna Ryba   347 m n.p.m.
6 Dobrzeszowska Góra  368 m n.p.m.
7 Siniewska Góra  444 m n.p.m.
8 Sosnowica   413 m n.p.m.
9 Klonówka   473 m n.p.m.
10 Radostowa   451 m n.p.m.
11 Łysica     612 m n.p.m.
12 Drogosiowa Skała  447 m n.p.m.
13 Chełmowa Góra  348 m n.p.m.
14 Szczytniak   554 m n.p.m.
15 Kiełków   452 m n.p.m.
16 Jaźwina   361 m n.p.m.
17  Włochy   427 m n.p.m.
18 Sikorza   361 m n.p.m.
19 Otrocz    372 m n.p.m.
20 Telegraf    407 m n.p.m.
21 Karczówka   339 m n.p.m.
22 Biesak    381 m n.p.m.
23 Patrol    389 m n.p.m.
24 Zelejowa   372 m n.p.m.
25 Góra Zamkowa  360 m n.p.m.
26 Glinianki   331 m n.p.m.
27 Grzęby Bolmińskie  330 m n.p.m.
28 Miedzianka   356 m n.p.m.

Drogę, którą pokonano w rzeczywistości i analizę liczbową wydarzenia można znaleźć pod adresem: https://connect.garmin.com/modern/activity/2833170191

 

Relacja z realizacji projektu

Start nastąpił w poniedziałek (2 lipca), kilka minut po 16.00 - wspólne zdjęcie, ostry marsz pod górę, na łagodnych odcinkach bieg. Na Bukowej Górze robimy kolejne zdjęciei szybkim biegiem przemieszczamy się „po śladzie z zegarka” do Wzdołu Rządowego, w  kierunku Kamienia Michniowskiego. Ślepo polegając na elektronice, skupiając się na napieraniu do przodu gubimy trasę - znajdujemy się w Klonowie. Mamy za sobą pierwsze ponadplanowe kilometry. Okazuje się, że nie można wyłączać umysłu skupiając się tylko na biegu i jak najszybszym pokonaniu odcinka. Tutaj nikt nie przygotował za Ciebie trasy, nie ma wstążek, znaków ani organizatora. Są natomiast przepiękne widoki, czego nie da się nie zauważyć nawet w biegu. Odwracamy się, krajobrazy pozwalają psychicznie odpocząć, Kazik robi zdjęcia, ja zapisuję wrażenia w pamięci. Zarówno za nami, jak i przed  -„obrazowy raj”.

Biegniemy przez pola do Wzdołu i dalej przez kolejne pola do Michniowa. Nasze numery startowe wzbudzają zainteresowanie. Ludzie przyglądają się. W sklepie, gdzie pijemy nasze główne napoje regeneracyjne – piwo i colę - zagadują, wypytują, życzą powodzenia. Nie możemy jeszcze powiedzieć, że pokonaliśmy już 100, 150 km, dlatego też widać często na ich twarzach niedowierzanie. Schodząc z Kamienia Michnowskiego spotykamy turystów, którzy rozpoznają nasze twarze z innych imprez turystyczno - biegowych odbywających się w  Górach Świętokrzyskich. Wspólna fotka i dalej w drogę - nie wiemy jeszcze, że ci turyści należą do tych nielicznych spotkanych na szlakach. Pierwsze zdziwienie budzi fakt,  iż  pomimo wakacji, wszędzie tam, gdzie nasza trasa przebiegała szlakami turystycznymi nie ma ludzi. Czyżby w wakacje omijali Góry Świętokrzyskie? Nawet w Świętej Katarzynie, wchodząc na Łysicę miałem obawy, czy na szczycie spotkamy kogoś, kto zrobi nam wspólne zdjęcie. Tuż przed zachodem słońca, w drodze na Osieczyńską Górę schładza nas ciepły, lekki deszczyk.

Chcąc dotrzeć do Osieczyńskiej Góry, posługując się gps-em wchodzimy w ciemny las. Brak drogi i zapadająca ciemność przyczynia się do błądzenia i spadku tempa. Z telefonów wiemy, że jesteśmy, choć nie bez trudności, obserwowani w sieci za pomocą przygotowanej przez nas aplikacji. To dodaje pewności podczas poruszania się w nieznanym,  podmokłym lesie. Czujemy się bezpieczni. Znajdujemy Osieczyńską Górę, kilka chwil na zdjęcie i za pomocą elektroniki docieramy do leśnej drogi pokrywającej się z naszym śladem. Przed nami ponad 30 kilometrów ciemnego, rozjaśnionego jedynie gwiazdami lasu, z przerwą na Bliżyn i okoliczne wsie, w drodze do znajdującej się już w województwie mazowieckim Altany. Przygotowując się do tej wyprawy zastanawiałem się dlaczego Altana i Fajna Ryba,  znajdujące poza województwem świętokrzyskim, no i oczywiście poza Górami Świętokrzyskimi, należą do Korony Gór Świętokrzyskich. Odpowiedzi nie znam do tej pory.

Nie czujemy jeszcze zmęczenia, nogi nie bolą, głowa pracuje prawidłowo, nie chce się spać. Zauważamy w okolicach rezerwatu Dalejów obecność zwierząt. Podążają za nami oczy zwierzaka „psopodobnego”. Nie wiemy czy to pies, lis czy wilk. Nie czujemy też strachu. Zwierzątka lub zwierzątko zachowuje się tak, jakby było zdziwione czyjąś obecnością na tym terenie, o takiej porze. Obserwuje nas. Gdy my stajemy, to ono także i jeszcze stara się ukryć gdzieś przy ziemi. Podąża za nami aż do momentu spotkania pierwszych zabudowań w  okolicach Bliżyna. Na obrzeżach Bliżyna mamy drugi po Kamieniu Michniowskim kilkuminutowy odpoczynek połączony z posiłkiem. Mamy za sobą dystans maratoński w  czasie około ośmiu godzin. Około godziny trzeciej nad ranem trzeciego lipca zdobywamy Altanę i tutaj na ławce robimy pierwszy około godzinny odpoczynek. Gasimy pragnienie,  jemy i publikujemy zdjęcia na naszej facebookowej stronie ”Zdobywamy niezdobyte”. Ucinamy sobie kilkuminutową drzemkę - letarg. Prawie o świcie, już bez ucisku głowy powodowanym przez czołówki ruszamy w 70-kilometrowy odcinek w stronę województwa łódzkiego, na szczyt Fajnej Ryby. 

Początkowo wszystko przebiegało normalnie. Co prawda na wzgórzu Altana zauważyliśmy, iż nie uwzględniając kilometrów dodanych w efekcie pobłądzeń, mamy zrobione w rzeczywistości około 10 km więcej niż wynikałoby to z naszego kilometraża przygotowanego na podstawie map elektronicznych. Nie wiedzieliśmy jeszcze,  że ta różnica będzie się powiększać, osiągając na końcu prawie trzydzieści kilometrów. Nasze rozmowy są jeszcze swobodne, na dowolny temat, nie mają jeszcze charakteru terapeutycznego. Jesteśmy zadowoleni, pełni nadziei, bez oznak zmęczenia, szybko truchtamy w stronę zbiornika w Sielpi. Czujemy radość z pokonywania tras imprez ultra. To nas napędza, tak jak niespodziewany posiłek obiadowy przygotowany przez znajomą biegaczkę Joannę i dostarczony do Sielpi na setnym kilometrze naszej trasy. Była zupka i naleśniczki - palce lizać. Dodało nam to siły fizycznej a świadomość, że ktoś nas obserwuje wzmocniła dodatkowo naszą psychikę. Dziękujemy. Następuje moczenie nóg,  smarowanie stóp, dwie godziny odpoczynku i dalej do przodu. Swoją drogą pierwsze 100 km naszej trasy pokonaliśmy w czasie nie większym niż 19 godzin - niezły wynik biorąc pod uwagę, że przed nami jeszcze 240-250 km. Wkraczamy w zakres odległości, których nasze nogi jeszcze nie znają. Osiągamy kolejny punkt naszego projektu. Testujemy siebie na dystansach powyżej 100 km. Teraz wszystko co dotyczy naszych organizmów jest dla nas nowe. Tego jeszcze nie doświadczyliśmy.

Trasa od Sielpi do Fajnej Ryby to niekończąca się droga przez mękę gorąca, wzdłuż asfaltu, wśród mijających nas ciężarówek. Zaczął się upał. Próbujemy jeszcze podbiegać,  truchtać, ale bezpieczeństwo wymaga dodatkowej uwagi. Teraz wiem, że planując trasę ten odcinek należało pominąć. Ktoś, kto chciałby powtórzyć nasz wyczyn powinien rozpocząć wyprawę od Fajnej Ryby choćby po to, aby uniknąć tego asfaltowego odcinka między Altaną a Górami Suchymi. Algorytmy wyznaczania optymalnej trasy łączącej 28 szczytów Korony Gór Świętokrzyskich nie uwzględniają wszystkich rzeczywistych aspektów. Nie zawsze to, co najkrótsze jest dobre dla człowieka. Fajna Ryba ma strome podejście. Po zrobieniu zdjęcia, u jej podnóża, na łące przygotowujemy się do kolacji i  pierwszego od dwóch dni snu. Podłączamy powerbanki do naszych komórek i zegarków, i próbujemy zasnąć. W czasie trzygodzinnego snu budzą nas głosy hałasujących zwierząt. Obudził nas nieznany krzyk może jakiegoś ptaka a może czworonoga. Chłód nie pozwalał zasnąć na dłużej. Spowodował także rozładowanie naszej „powerbankowej elektrowni”. Niewiele energii przelało się w nasze urządzenia.

W środku nocy ruszyliśmy w stronę Dobrzeszowskiej Góry. Ponad 40 kilometrów, zdecydowana większość wzdłuż asfaltu, z województwa łódzkiego do świętokrzyskiego. Po dwóch godzinach pojawiły się oznaki zmęczenia związane z niewystarczającą ilością snu. Krok stawał się chwiejny, traciłem kontakt z rzeczywistością, a wszystko, na co spojrzałem kojarzyło mi się z miejscem do spania. Kazik także czuł potrzebę snu. Znaleźliśmy łączkę przy drodze, nastawiliśmy budzik w komórce na 10 minut, przyłożyliśmy głowę do plecaka i film się urwał. Od tej pory takie drzemki około kwadransowe powtarzaliśmy dwa razy dziennie. Pomagało. Czuć było nadchodzącą zmianę pogody. Zaczynał się upał. Coraz częściej odzywały się bóle stóp, zaczęły się robić pęcherze. Nasze rozmowy dotyczyły wątpliwości, co do kontynuowania naszej wędrówki. Chwile zwątpienia były coraz częstsze ale krótkotrwałe. Wystarczyło porozmawiać, skupić uwagę na otoczeniu i mijały.

Na Dobrzeszowskiej Górze znaleźliśmy szlak turystyczny i od tej pory aż do Szczytniaka poruszaliśmy się praktycznie tylko nim. Tego dnia zostało nam do pokonania jeszcze ponad 50 kilometrów. Ciężka to była droga. Przed Kuźniakami nasz znajoma - Joanna - dostarczyła nam obiad. Posiłek i rozmowa na trasie podbudowała nasze morale. Jednak upał,  zmęczenie powodowane brakiem snu i prawie 200 kilometrów w nogach zrobiły swoje. Siniewską Górę odwiedziliśmy jeszcze w dobrej formie. Gorzej było z Sosnowicą. Ścinka drzew przyczyniła się do zaburzenia ciągłości oznakowania czerwonego szlaku. Pobłądziliśmy i straciliśmy trochę czasu. Po odnalezieniu drogi, już ze zmęczenia popełniliśmy następny błąd i zgubiliśmy drogę ponownie, chcąc przedostać się przez drogę szybkiego ruchu w okolicach Miedzianej Góry. To wszystko przez zmęczenie, potęgowane brakiem snu  i zapadające ciemności. Przybliżyliśmy się do ostatniego szczytu przeznaczonego do zdobycia w dniu dzisiejszym – Klonówki.

Postanowiliśmy jednak zostawić go na dzień następny. Przyjechał Paweł Milewicz i zawiózł nas na przygotowany w Szklanym Domu w Ciekotach nocleg. Następnego dnia Paweł podwiózł nas na trasę tak, aby kontynuować wyprawę od zdobycia Klonówki. Podobny manewr z dojazdem na czterogodzinny nocleg (nie planowany wcześniej) wykonaliśmy w Daleszycach. Mój szwagier Darek, który wraz z Leną z własnej inicjatywy dostarczyli nam w środę i czwartek obiady na trasę, przywiózł nas na nocleg do Kielc a następnie po kilku godzinach podrzucił do punktu pozwalającego wrócić na trasę tak, aby można było zdobyć kolejny szczyt.

W Szklanym Domu w Ciekotach poczuliśmy się jak w raju. Kąpiel, przygotowane łóżka, syty posiłek i zasłużony sen. To wszystko dzięki zaangażowaniu Pawła Milewicza i  mojej żony Leny. Wielkie dzięki. Krótki sen w prawdziwym łóżku, po kąpieli, to znacznie więcej niż sen na łące w krzakach. Tuż przez snem dokonaliśmy pierwszy raz operacji przekłucia bąbli. Warunki higieniczne pozwalały na taką operację. W czasie wyprawy, raz na dzień dokonywałem operacji zmiany skarpetek na czyste. Stare wyrzucałem, stopy przed zmianą skarpet smarowane były gruba warstwą Sudocremu. Pozwoliło to ustrzec się obtarć i bąbli aż do dwusetnego kilometra. Gdyby zmieniać buty po 70 - 80 kilometrach udałoby się prawdopodobnie utrzymać stopy w lepszym stanie.

Czwartek 5 lipca to był ciężki dzień. W upale, z wyraźnymi oznakami zmęczenia i znużenia dodaliśmy do naszej koronowej kolekcji Klonówkę, Radostową, Łysicę. Po dwudziestominutowej drzemce na łące, na Wale Małacentowskim, w duchocie upalnego dnia, poprzez rozkopaną Drogosiową Skałę, Bartoszowiny, Trzciankę, o zachodzie słońca dotarliśmy na Chełmową Górę. Widoki były niesamowite. Na szczycie Chełmowej zrobiliśmy sobie w dusznym lesie odpoczynek i powoli ruszyliśmy na Szczytniak.

Na Chełmowej Górze mieliśmy dwunastogodzinne opóźnienie w stosunku do zakładanych planów. Tutaj miał być 226 km naszej trasy a był prawie 270 km i  minęła osiemdziesiąta godzina naszej wędrówki. Pozostało jeszcze około 120 km i 20 godzin. Biorąc pod uwagę, iż organizm wymagał przynajmniej dwóch około czterogodzinnych przerw na sen i fakt, że mamy w nogach ponad 40 kilometrów więcej niż zamierzaliśmy,  zmieszczenie się w stugodzinnym planie stawało się mało realne. Postanowiliśmy, kładąc się spać na łące pod Szczytniakiem, kontynuować wędrówkę. Spaliśmy przykryci foliami NRC. Folia dawała uczucie ciepła, ale też pokrywała się od wewnątrz parą wodną i robiło się pod nią trochę wilgotno. Po odpoczynku, o trzeciej nad ranem najtrudniej było wstać i zrobić pierwsze kroki.
Spakowaliśmy się na siedząco, podnosiliśmy się do pozycji stojącej długo, pomagając sobie nawzajem. Pierwsze kroki okupione były bólem sztywnych mięśni i obolałych stóp. Rozruch trwał około pół godziny. Po tym czasie przemieszczając się normalnie czuliśmy tylko ból. Z nim powalczyliśmy środkiem przeciwbólowym. Pomogło.
Co ciekawe - wchodzenie ostro pod górę na Szczytniak było przyjemniejsze niż poruszanie się po płaskim terenie. Po odpoczynku i śniadaniu na Szczytniaku, poprzez pola i dojrzewające zboża, posługując się gps-em dotarliśmy do Łagowa i znaleźliśmy się na niebieskim szlaku. Nie udało nam się w Łagowie zjeść nic ciepłego, obiadowego. Brakowało odpowiedniego gastronomicznego zaplecza. Wyposażeni w suchy sklepowy prowiant dotarliśmy do góry o nazwie Kiełków (czasami też Kiełki), a w drodze na Jaźwinę, na łące pod Zamczyskiem zapadliśmy w półgodzinny sen. Następnie poszliśmy przez pola do Ociesęków i na Jaźwinę a dalej niebieskim szlakiem przez Widełki i górę Włochy do Daleszyc.

W drodze, koło pomnika Barabasza, minęła setna godzina naszej wędrówki. Pokonaliśmy ponad 300 km i do mety pozostało jeszcze około 75 km (znacznie więcej aniżeli planowaliśmy). Ten dzień zakończyliśmy w Daleszycach. Zostaliśmy (czego pierwotnie nie planowaliśmy) przez Darka dostarczeni samochodem na nocleg do Kielc a tam przez moją żonę Lenę nakarmieni. Po czterogodzinnym śnie, kilka minut po godzinie szóstej, w sobotę siódmego lipca wchodziliśmy na górę Sikorzą. Z każdym krokiem byliśmy coraz bliżej celu. Zbliżaliśmy się do 350 km naszej trasy. Pod Telegrafem dołączyła do nas Lena i razem w szybkim tempie, ponad 6 km na godzinę szliśmy się w stronę mety. Przyspieszenia i  przypływu nowych mocy doznaliśmy podczas podejścia pod Otrocz. Motywująco wpłynęła na nas świadomość końca wędrówki i nadzieja na spotkanie kogoś, kto w ramach weekendowych wędrówek dołączy do nas na trasie. Pod Patrolem minął 350 km naszej trasy. Pozostały do przejścia jeszcze Zelejowa, Góra Zamkowa, Glinianki, Grząby Bolmińskie i  Miedzianka, do której zostało jeszcze 20-22 km Postanowiliśmy zejść jeszcze do szosy w Szewcach i tam zakończyć nasz projekt. Pokonaliśmy 356 km i uznaliśmy, że możemy już zakończyć naszą drogę, przeszliśmy bowiem dystans (liczony w kilometrach) przewidywany pierwotnie w naszych założeniach. A pozostałe szczyty? - brakujące wzniesienia pokonaliśmy już podczas innych imprez, chociażby podczas Zimowego Maratonu Świętokrzyskiego, więc do korony mamy komplet. Po takim wysiłku, potrzebowaliśmy trochę czasu na odpoczynek, by w poniedziałek o piątej rano można było wstać i iść do pracy. Schodząc z Patrolu udzieliliśmy Dominikowi Kowalskiemu wywiadu transmitowanego on-line. Uznając, iż główne cele i zadania projektu zostały osiągnięte wykonaliśmy ostatnie zdjęcie i  zakończyliśmy naszą wędrówkę.

Tekst: Andrzej Opoka

Galeria: 

Komentarze

Obrazek użytkownika AZJA

Chłopaki, jeszcze raz słowa podziwu :-) BRAWO WY!!!